Dariusz Wołowski
W polu karnym

Notki

niedziela, 29 styczeń 2012, 08:11 Real blisko tytułu

Impotencja strzelecka, przemęczenie i remis Barcelony z Villarreal zdają się rozstrzygać kwestię mistrzostwa Hiszpanii. Przewaga Realu wzrosła już do 7 pkt.

„W tym klubie nie oddaje się niczego” – słowa Daniego Alvesa brzmią jak wyznanie konającego. Podobnie wypowiedział się Pep Guardiola twierdząc, że na El Madrigal jego zespół zrobił wszystko, by wygrać. W rzeczywistości zrobił niezbyt wiele, bo gdyby Leo Messi i reszta byli w normalnej formie, rywal musiałby się okazać bezradny. Villarreal to w tym sezonie zespół rozpaczliwie broniący się przed degradacją. Bezbramkowy remis z nim jest dla Barcelony fatalny. Pep rzucił do gry wszystkie siły: i kontuzjowanego Alexisa Sancheza i debiutanta Cristiana Tello. Bez efektu. W batalii o czwarty z kolei tytuł Katalończycy zostawili już na obcych boiskach 13 pkt. Wątpliwe, by było to jeszcze do odrobienia, mimo iż do końca pozostało aż 18 kolejek.

Wyniki ankiet w madryckiej prasie są dla „Królewskich” bardzo optymistyczne. 72 proc czytelników dziennika „As” nie daje Barcy szans na odrobienie strat, w „Marce” jest to 62 proc. Real zwycięża regularnie. Co z tego, że trzeci kolejny mecz w lidze zaczyna od straty gola, skoro zawsze potrafi odwrócić jego losy. Iker Casillas nie zakończył z czystym kontem spotkania na Santiago Bernabeu od 26 października, nie ma to jednak najmniejszego znaczenia. Przewaga nad Barcą jest już duża. Co prawda w 2004 roku Valencia prowadzona przez Rafę Beniteza odrobiła do Realu Carlosa Queiroza osiem punktów, ale była to sytuacja absolutnie wyjątkowa. Od 21 września z 48 pkt możliwych do zdobycia w lidze, zespół Mourinho uzbierał 45.

Dla Realu Madryt wcale nie jest to czas łatwy. Porażka z Barcą w Pucharze Króla na Santiago Bernabeu sprawiła, że media rozprawiały o konfliktach wewnętrznych rozsadzających szatnię, a także o tym, że Jose Mourinho odejdzie po zakończeniu sezonu bez względu na wszystko. Prawdopodobnie dopnie jednak swego zostając pierwszym szkoleniowcem, który zdobył tytuły mistrzowskie w trzech najsilniejszych ligach: Premier League, Serie A i Primera Division. Kłótnie na Bernabeu były tym razem bardziej inspirujące, niż zgoda na Camp Nou.

Dla Barcelony zaczyna się czas walki z własną słabością. A właściwie w meczach wyjazdowych trwa od początku sezonu. Messi, Xavi, Iniesta i reszta muszą powtarzać sobie wbrew logice, że nic się nie stało. Może drużynę powinien zmotywować Cesc Fabregas, jedyny, który nie ma w kolekcji mistrzostwa Hiszpanii? Tyle, że odkupiony z Arsenalu wychowanek musi zacząć od siebie, bo gra ostatnio bardzo słabo.

Zmiana warty w hiszpańskiej piłce nie dokonuje się w wywołujących gigantyczne napięcie bezpośrednich starciach dwóch największych drużyn, ale w „cichych”, z pozoru łatwiejszych wyjazdowych spotkaniach Barcelony: w San Sebastian, Walencji, Bilbao, Getafe, Vila-Real, a także na boisku lokalnego rywala Espanyolu. To właśnie tam Barca przegrywa mistrzowską koronę.

sobota, 28 styczeń 2012, 10:30 Kowal swojego losu

„Dobry piłkarz pije. Dlatego, że się nie boi, że jest pewny siebie. Ci, którzy nie piją - albo udają, że nie piją - to zwykłe ciapy, które nic nie potrafią – czy słynne zdanie Wojciecha Kowalczyka zawiera w sobie rozwiązanie zagadki: dlaczego wybitnie uzdolniony napastnik osiągnął tak niewiele?

Wszystko potoczyło się w takim tempie, że każdemu mogło zaszumieć w głowie. Szkołę rzucił dla piłki już w szóstej klasie, miał 18 lat, gdy w listopadzie 1990 roku trafił z Poloneza do Legii, by już 20 marca następnego roku zdobyć dwie bramki w historycznym starciu z Sampdorią Genua dające klubowi z Warszawy awans do półfinału Pucharu Zdobywców Pucharów. Na zwycięski debiut w reprezentacji Polski w towarzyskim meczu ze Szwecją czekał zaledwie pięć miesięcy, w tym czasie został już ulubieńcem selekcjonera drużyny olimpijskiej Janusza Wójciak, który zabrał go na igrzyska do Barcelony. Tam Kowalczyk zabłysnął u boku Andrzeja Juskowiaka zostając srebrnym medalistą i wicekrólem strzelców. Do kraju wracała ekspedycja bohaterów narodowych gotowych na podbój świata.

Szampan w samolocie lał się strumieniami, wygłodniali sukcesu kibice czekali na swoich nowych idoli, na lotnisku wysiadł pijany szczęściem Kowalczyk komunikując mediom, że on, jego koledzy i selekcjoner Wójcik gotowi są do odnoszenia sukcesów także w dorosłej piłce, a żeby im to ułatwić należy rozwiązać dotychczasową kadrę seniorów i rozpędzić na cztery wiatry działaczy PZPN. Pewna drobna niezręczność polegała na tym, że prezesem Związku był wtedy Kazimierz Górski.

Po pierwszych publicznych wystąpieniach Kowalczyka trudno było znaleźć w Polsce kibica obojętnego wobec niego. Młody piłkarz walił to, co myślał prosto z mostu wywołując dosadnością swoich sądów zachwyt jednych i zażenowanie innych. Nigdy nie krył, że dobry piłkarz pije i pić musi. Sam wychował się na stołecznym Bródnie, gdzie alkohol był przedmiotem kultu. Dlatego tak doskonale rozumiał się z Januszem Wójcikiem, z innymi selekcjonerami-smutasami, takimi jak Andrzej Strejlau, Henryk Apostel, czy Antoni Piechniczek trudno mu było znaleźć wspólny język. Kowalczyk szukał w futbolu radości i zabawy, a nie katorżniczej pracy i obsesyjnego myślenia o wysiłku.

Miał jednak swoje ambicje. Jeszcze na igrzyskach doszły go słuchy, że interesuje się nim FC Barcelona. Klub z Katalonii był jego największym marzeniem. Możliwy transfer okazał się plotką. Po latach pytałem o to Pepa Guardiolę, w 1992 roku piłkarza drużyny, która zagrodziła Polakom drogę do mistrzostwa. Obecny trener Barcy pamiętał Kowalczyka doskonale, uznawał jego nieprzecietny talent, wyjaśnił jednak, że aby piłkarz z Polski trafił do tak wielkiego klubu musiałby dokonać znacznie więcej niż odnieść sukces w piłce młodzieżowej.

Dokonań Kowalczyka starczyło na transfer do Betisu, klubu, który zapłacił za niego 1750 000 dol. Droga do Barcelony mogła wieść przez sukces w Sewilli, polski napastnik z rzadka wychodził jednak poza rolę rezerwowego. W 62 meczach zdobył 14 goli. Przy tym wszystkim jednak w Hiszpanii dobrze się bawił.

Rozmawiałem kiedyś na jego temat z Gheorghe Hagim, który do Barcy trafił po mundialu w USA, czyli mniej więcej w tym samym czasie, kiedy Kowalczyk do Betisu. Rumun zwracał uwagę na iskrzę bożą Polaka, na jego rzadki dar wpływania na losy meczu nawet wtedy, gdy ma dwa kontakty z piłką. Prawdopodobnie więc ocena skali talentu Kowalczyka nie była wyłącznie jednym z polskich mitów.

Z reprezentacji Polski zrezygnował na krótko, gdy w 1992 roku Legii odebrano mistrzostwo. Rozegrał w niej 39 spotkań, za kadencji Wójcika wystąpił nawet w roli kapitana. Zdobył 11 goli, w tym tylko trzy w spotkaniach o stawkę: w Rotterdamie, w Istambule i Zabrzu z Izraelem. Zaczął i skończył na Szwedach, w debiucie 1991 zdobył gola, w ostatnim swoim spotkaniu osiem lat później zaznał goryczy porażki, która kosztowała posadę Janusza Wójcika. Z kadry odeszli razem: nauczyciel i jego najwierniejszy uczeń, pozostawiając wrażenie, że obaj zostali ofiarą tego samego.

Kowalczyk żadnemu trenerowi nie dał się przekonać, że futbol to wyrzeczenia i ciężka praca. Ślepo wierzył Wójcikowi, który w tym, w czym koledzy po fachu dostrzegali: krew pot i łzy widział zabawę. Ta zabawa łatwo przeradzała się dla niego w patologię, stąd wyrok w aferze korupcyjnej i etykietka jednego z największych cyników polskiego futbolu. Dość wątpliwej renomy człowieka wybrał sobie zdolny napastnik na przewodnika.

Z reprezentacją Kowalczyk przegrał eliminacje do dwóch mundiali: w USA i Francji oraz trzech turniejów o mistrzostwo Europy. Jego wielka gra w biało-czerowej koszulce zaczęła się i skończyła na igrzyskach w Barcelonie. Z Legią został mistrzem Polski trzy razy, zdobył też Puchar i Superpuchar. Na Cyprze wywalczył Puchar z Anorthosis Famagusta i tytuł mistrzowski z APOELem Nikozja. W wieku 35 lat wrócił do A-klasowego AZS Absolwent UW Warszawa. Osiągnął niezbyt wiele jak na skalę swojego talentu.

„Każdy ma w życiu dzień, który wszystko zmienia. Ja też taki miałem, nawet pamiętam datę - 20 marca 1991 roku. Przyjechał chłoptaś na europejskie salony, w koszulce z zaklejoną reklamą i zapakował dwie bramki. I to komu! Sampdoria to była wtedy jeśli nie najlepsza, to jedna z najlepszych drużyn świata - zdobywca PZP, przyszły mistrz Włoch. Nikt nam, legionistom, nie dawał szans na awans do półfinału Pucharu Zdobywców Pucharów. Gdy działacze usłyszeli, że chcemy negocjować premie za awans, kpili z nas pod nosem” – wspominał w swojej autobiografii.

Faktycznie tamten marcowy dzień mógł być fenomenalnym punktem wyjścia dla Kowalczyka. Może nawet do kariery na miarę Zbigniewa Bońka. Boniek wiele razy przyznawał, że od alkoholu nie stronił, ale tylko o tyle, o ile nie wpływał on na jego formę sportową. Kowalczyk utopił w nim swój potencjał. Dla większości piłkarzy, w tym dla urodzonego w Bydgoszczy Bońka futbol był drogą do lepszego świata, Kowalczyk do dziś najlepiej czuje się na Bródnie. I niczego nie żałuje. Jako komentator sportowy wiele razy stawał w obronie pijących kolegów.

„Już pisałem w swojej książce, że każdy dobry piłkarz pije. Jak ktoś mówi inaczej, to albo jest hipokrytą, albo nie ma pojęcia o piłce. Nie ma znanych zawodników, którzy nie zamawiają whisky na imprezach. Piją Polacy, piją Hiszpanie, piją Anglicy. Pije Dudek, pije Żurawski, pije Raul, pije Cristiano Ronaldo. Każdy. Są tylko tacy, którzy się do tego nie przyznają i udają świętoszków. No, czasami zdarzają się też tacy, którzy są tak słabi, że boją się pić – bo jak ktoś ich złapie, to bez żalu wyrzuci z klubu. Ale dobry czy nawet średni piłkarz pije. Czy się to komuś podoba, czy nie. Spytajcie Janka Urbana” – pisał na swoim blogu. Bardziej wdzięczni bylibyśmy za diagnozę: dlaczego polscy piłkarze piją jak Ronaldo, ale nie grają jak on?

Wracając jednak do Kowalczyka, ma swój styl i pewien urok. Części fanów uważa go za jednego z najbardziej szczerych o otwartych ludzi w futbolowym środowisku. Jeśli więc drogi kibicu żal Ci pewnego piłkarza, który mógł grać w Barcelonie, niepotrzebnie. On sam dobrze się bawił zupełnie gdzie indziej.

PS. Tym, którzy będą zdumieni nagłą zmianą tematu wyjaśniam, że sylwetka Wojciecha Kowalczyka ma posłużyć Interii do wyborów najwybitniejszego polskiego gracza ostatniego XX-lecia.


piątek, 27 styczeń 2012, 11:43 Nowa definicja zwycięstwa

Najwyższą miarą dokonań Pepa Guardioli jest fakt, że zmusił najbardziej utytułowany klub na świecie do celebrowania „półsukcesów”.

Nie ma w tym żadnej kpiny, ani cienia ironii. Tak jak większość uważam, że zespół Jose Mourinho zagrał na Camp Nou wielki mecz. Wbrew swoim deklaracjom portugalski trener wsłuchał się w głos fanów z Santiago Bernabeu. Przyciśnięty do muru dał swoim graczom więcej swobody, co jak podejrzewano wyszło Realowi wyłącznie na dobre. W dziesiątym meczu, w którym „The Special One” poprowadził „Królewskich” przeciw Barcelonie po raz pierwszy odważył się puścić na boisko Kakę i Oezila jednocześnie. Niemiec był jednym z bohaterów wieczoru. Gdyby tak jeszcze najlepszy ostatnio w drużynie Karim Benzema spędził w grze więcej niż 25 minut.

Odważna gra Realu wywołała w Madrycie entuzjazm. Sergio Ramos ogłasza na twitterze, że długo oczekiwane lekarstwo na Barcę zostało wreszcie wynalezione. To samo czuł jednak zapewne po ubiegłorocznym finale Pucharu Króla, lub po remisie 1-1 na Camp Nou w rewanżowym starciu półfinału Ligi Mistrzów. Ani pierwszy, ani drugi przypadek nie okazał się jednak niczym więcej, niż odstępstwem od normy. Normę oddają statystyki: z 14 ostatnich spotkań z Barceloną, Real przegrał dziewięć, wygrał jedno.

Przez trzy sezony zespół Pepa Guardioli oddał wielkiemu rywalowi zaledwie jedno trofeum (Puchar Króla), sam zdobywając aż 13. To przepaść. Nic dziwnego, że mający dość upokorzeń fani Realu chwytają się każdej nadziei na przełom. Dziś dostrzegają go w środowym starciu na Camp Nou, choć do półfinału Pucharu Króla awansowali Katalończycy. Oczywiście można tym obarczyć sędziów. Jeden z felietonistów madryckiego dziennika „As” ocenił, że Teixeira Vitienes ponosi za to winę w 75 procentach.

Kompleks wobec drużyny Pepa Guardioli zaślepia w Madrycie zbyt wielu ludzi. Niedawno, w Primera Division Real świętował zdobycie mistrzostwa jesieni. Co to za sukces dla klubu, który tytuł nr 1 w Hiszpanii wygrywał rekordowe 31 razy?

Pierwsze miejsca na półmetku i prawie awanse mogą zadowalać klubiki, a nie takiego potentata jak ten z Madrytu, którego witryny zdobi 9 Pucharów Europy. Z ogłoszeniem przełomu w rywalizacji z Barceloną, Real powinien poczekać. Najwcześniej może nastąpić on w ćwierćfinale Champions League, jeśli oba hiszpańskie kolosy przejdą Leverkusen i CSKA, a potem wpadną na siebie. Gdyby wtedy gracze Realu zagrodzili Barcy drogę do obrony trofeum, dokonaliby czegoś nadzwyczajnego.

W wyścigu po tytuł mistrza Hiszpanii zespół Mourinho jest dziś faworytem. Pięć punktów przewagi to dużo, zważywszy, że w 19 meczach pierwszej rundy „Królewscy” stracili zaledwie 8 pkt. Z ogłoszeniem przełomu i tu trzeba jednak czekać, zwłaszcza, że wystarczy jeden remis lidera, by Barca dopadła go na odległość trzech punktów i 22 kwietnia na Camp Nou miała szansę wskoczyć na pierwsze miejsce.

Podstawą sukcesu w sporcie jest właściwa ocena klasy i możliwości rywali. Ci, którzy ją pomniejszają, szkodzą sobie. Szacunek Pepa Guardioli dla Realu nie jest udawany. Klub z Madrytu przez lata prześladował Katalończyków w zmaganiach o mistrzostwo Hiszpanii zmuszając do skarżenia się na sędziów, spiski, reżim i niesprawiedliwości dziejowe. Guardiola wyrósł w tej atmosferze, ale podobnie jak nieżyjący już George Best uważał, że prawdziwi mistrzowie nie płaczą, ale zwyciężają.

Kiedy w 2002 roku królewską kolekcję wzbogacał dziewiąty Puchar Europy, a galaktyczni z Figo i Zidane’em panowali w światowym futbolu, Barca miała jeden tytuł nr 1 na kontynencie zdobyty przez legendarny Dream Team z piłkarzem Guardiolą. Była wielkim klubem, z wielkimi kompleksami i małymi osiągnięciami pogrążonym w rozważaniach na temat swojej bolesnej przeszłości. Pomysł Johanna Cruyffa zaszczepienia mentalności zwycięzców w Katalonii podjął kolejny Holender Frank Rijkaard, a potem Guardiola.

Uczeń Cruyffa dał Barcy status europejskiej potęgi mogącej stać w jednym szeregu z Manchesterem United, Ajaksem Amsterdam, Bayernem Monachium, Liverpoolem, a tylko krok za Milanem i Realem Madryt. Od czasów trenera Cruyffa dokonania Barcy i jej rywali z Santiago Bernabeu są porównywalne. W ostatnich 40 miesiącach zespół z Katalonii nie ma sobie równych. Konkurenci ledwo zipią, a ten największy musi nazywać zwycięstwami remisy. Być może najdoskonalszą miarą osiągnięć Pepa Guardioli jest właśnie fakt, że zmusił najbardziej utytułowany klub na świecie do celebrowania „półsukcesów”.

czwartek, 26 styczeń 2012, 10:05 W Madrycie czują, że odpadł lepszy

Barcelona ocaliła awans, Real ocalił twarz – wydawało się, że po dramatycznym klasyku na Camp Nou wszyscy powinni być zadowoleni. A jednak Iker Casillas wysłał arbitra na fiestę z gospodarzami z Katalonii.

„Odczucie moich piłkarzy jest takie, że na Camp Nou wygrać się nie da” – opowiadał Jose Mourinho „odgrzewając” swoją sprawdzoną teorię o spiskach sędziowskich. Arbiter Teixeira Vitienes rzeczywiście nie miał w środę wielkiego dnia, ale mylił się na niekorzyść jednych i drugich. Lass nie powinien wytrwać na boisku do końca pierwszej połowy, po faulu na Leo Messim należała mu się druga żółta kartka. Z kolei wyrzucenie z boiska w dramatycznej końcówce, gdy Real heroicznie walczył o bramkę dającą mu awans Sergio Ramosa, było raczej efektem emocji, niż uzasadnionej decyzji.

Obie strony reklamowały karne, wolne, Ramos był zszokowany, gdy Vitienes nie uznał jego bramki zdobytej strzałem głową. Wcześniej pociągnął jednak za rękę Daniego Alvesa. Arbiter przeoczył cios łokciem, jaki wymierzył Pepe Fabregasowi, wszystko to nie zmienia faktu, że w przypadku tylu kontrowersji bardziej skrzywdzeni czują się ci, którym przyszło odpaść.

Real nie obroni Pucharu Króla, w środę stracił awans do półfinału, ale zyskał powszechne uznanie. Dziennik „As” napisał kategorycznie, że z rozgrywkami żegna się zespół zdecydowanie lepszy, w internetowej ankiecie „Marki” zgadza się z tym aż 55 proc głosujących. To znaczy, że graczom Jose Mourinho udała się rehabilitacja za dwie ostatnie porażki z Barceloną.

„Marca” pisze, że Real zagrał najlepszy mecz przeciw drużynie Pepa Guardioli. A więc nr 1 od niemal 4 lat! Jeszcze lepszy niż ten zakończony zwycięstwem 1-0 po dogrywce w finale poprzedniej edycji Pucharu na Estadio Mestalla w Walencji. „Wyjeżdżamy z Camp Nou z przekonaniem, że byliśmy od nich mocniejsi” – mówi Alvaro Arbeloa. Dani Alves potwierdza. „Jeszcze nigdy nie byli tak odważni, nigdy nie sprawili nam tylu kłopotów”. „Z każdym meczem pokonanie Realu jest dla nas coraz trudniejsze” – wyznał Guardiola. Tylko bramkarz Pinto nie był zaskoczony stwierdzając, że dla niego to normalne, iż Real Madryt gra na tak wysokim poziomie.

„Barcelona eliminuje mistrza” – podsumowuje dziennik „Marca”. Iker Casillas oficjalnie potwierdza, że jeszcze na placu gry ironicznie zachęcał sędziego Vitienesa, by świętował awans razem z graczami Barcy. Nieco inna interpretacja tego, co stało się wczoraj na Camp Nou nasuwa się jednak po analizie stwierdzenia Guardioli, że bardzo trudno bić się o to, co wydaje się już zdobyte. Na 23 minuty przed końcem dwumeczu o półfinał Pucharu Króla gracze Barcelony prowadzili aż 4-1. Czy to coś zaskakującego, że zaczęli grzeszyć pychą zwycięzców?

Real walczył od początku do końca grając odważnie, ryzykując więcej niż zwykle, ale też co miał do stracenia po porażce w pierwszym starciu na Santiago Bernabeu? Harowali wszyscy: od Oezila, przez Ronaldo, do Lassa, Sergio Ramosa i Pepe słusznie wierząc, że do wygrania jest bardzo wiele. Przede wszystkim była okazja ocenić na ile możliwe jest „dopadnięcie” rywala, który od niemal czterech lat jest ich koszmarem i prześladowcą?

Przy golu Cristiano Ronaldo Carles Puyol się spóźnił, przy bramce Karima Benzemy kapitan Barcy stracił równowagę i upadł. Błędem Mourinho było to, że tak długo trzymał Francuza na ławce patrząc jak Gonzalo Higuain marnuje kolejne szanse. Gospodarze zagrali ten mecz zbyt minimalistycznie, poza końcówką pierwszej połowy, kiedy zdobyli dwa gole. Biorąc to wszystko pod uwagę nie da się jasno ocenić, ile z tej wielkiej gry w środę zespół Mourinho zawdzięcza rywalowi, a ile sobie? "Najlepsza wersja Realu nie dała rady najgorszej wersji Barcelony" - pisze "El Pais".

"Znamy już na nich metodę" - ogłasza Sergio Ramos sugerując, że przyniosłaby ona sukces już w środę, gdyby nie błędy sędziego. Jeśli jeden z kapitanów Realu się nie myli następne Gran Derbi będzie jeszcze bardziej pasjonujące.

środa, 25 styczeń 2012, 09:52 Bez nienawiści?

„Gdyby na Camp Nou miało się powtórzyć to, co spotkało w 2000 roku Luisa Figo, byłbym bardziej załamany niż po porażce” – mówi trener Barcelony. Pep Guardiola rzuca na szalę swój autorytet, byle tylko w dzisiejszym Gran Derbi obeszło się bez skandali.

Obraz zionących nienawiścią tłumów na stadionie Barcelony na zawsze pozostanie czarną kartą historii klubu z Katalonii. Luis Figo, który opuścił Camp Nou, by stać się pierwszym galaktycznym na Santiago Bernabeu, wrócił na swój dawny stadion z Realem Madryt. Butelki, monety, a nawet telefon komórkowy – tym wszystkim fani Barcy ciskali w Portugalczyka, z tamtego dnia pochodzi też słynne zdjęcie odciętego świńskiego łba leżącego na murawie Camp Nou.

Histerię niechęci wobec Figo rozpętały ksenofobiczne katalońskie media nazywające go „zdrajcą” bez ogródek. Swoje zrobił szowinistyczny prezes Joan Gaspart, który rozdał kibicom gwizdki, by mogli zgotować Portugalczykowi kocią muzykę. Kiedy wydawało się, że upływ 12 lat zagoił rany, Carles Rexach były piłkarz, trener Barcy, uważany za odkrywcę Leo Messiego stwierdził, że jeśli Pepe odważy się dziś przybyć na Camp Nou, może go spotkać to samo. „Lepiej, by został w domu” – dodał.

Guardiola jest przeciwnego zdania. Boi się, że 4 lata jego pracy zostaną zniweczone. Zbudował drużynę, która swoją grą oczarowała świat, a Xavi, Messi i Iniesta stali się ikonami piłki. „Pep team” podziwiany jest wszędzie, niedawno klub wydał wideo, w którym kapitanowie drużyny i Leo Messi życzyli fanom w Chinach szczęśliwego nowego roku. Po chińsku.

Wizerunek klubu z Katalonii nigdy jeszcze nie był tak pozytywny, mimo otwartej wojny między byłym prezesem Joanem Laportą i obecnym Sandro Rosellem, a także tak oczywistych wpadek, jak na przykład włączenie zraszaczy trawy na Camp Nou, gdy dwa lata temu gracze Interu świętowali wyeliminowanie Barcy w półfinale Champions League. Guardiola obawia się, że przyjazd Pepe, który tydzień temu na Santiago Bernabeu nadepnął na rękę leżącego Messiego, a także Jose Mourinho może stać się okazją do zbiorowej manifestacji nienawiści wobec Realu Madryt. Trener Barcy uważa to za niedopuszczalny błąd.

Po pierwszym meczu ćwierćfinałowym, który Barca wygrała w Madrycie 2-1, Guardiola przypominał nieco samotnego kowboja. Próbował cieszyć się zwycięstwem, podczas gdy wszyscy inni w klubie z Katalonii płonęli żądzą rewanżu na Pepe. Trener zdołał przekonać prezesa Sandro Rosella, by klub nie wnosił oficjalnego wniosku do komitetu dyscypliny o ukaranie stopera Realu Madryt.

Pepe z urzędu nie został zawieszony. Katalończycy poczuli, że znów stała im się krzywda, w tym samym czasie w Premier League piłkarz Manchesteru City Mario Balotelli, który w meczu z Tottenhamem podeptał rywala, dostał dyskwalifikację na cztery spotkania. Guardiola ostrzega, prosi, tłumaczy, by kibice jego drużyny nie podsycali w sobie gniewu. Mówi, że zajścia z 2000 roku były wielkim błędem. Że skompromitowały klub, ale też posłużyły Katalończykom za lekcję. „Wierzę, że wiele się wtedy nauczyliśmy, dziś to samo jest niemożliwe. A gdyby się powtórzyło, znaczyłoby, że brak nam refleksji i zdolności wyciągania wniosków z historii”.

Czy Pepe pojawi się dziś na Camp Nou? Jest to możliwe. W meczu ligowym z Athletic nie wystąpił, ale na wczorajszych zajęciach ćwiczył z kolegami z Realu. Jose Mourinho stwierdził, że go wystawi, jeśli tylko jego rodak będzie zdrowy. Z internetowej ankiety madryckiego dziennika "Marca" wynika, że nawet kibice uważają, iż portugalski stoper grać w rewanżu nie powinien.

Guardiola apeluje: „przyjdźcie, podziwiajcie, dopingujcie”. Dodaje, że chce, aby na Camp Nou nie liczyło się nic poza wielką grą dwóch wspaniałych drużyn. Na koniec stwierdza, że wszelkie przejawy nienawiści na trybunach Camp Nou, będą go bolały bardziej niż porażka jego drużyny. Dziś o godz 22 przekonamy się, jaki autorytet wyrobił sobie u kibiców najlepszy trener w historii klubu z Katalonii?

<< Styczeń 2012
PonWtŚrCzwPiąSobNie
1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
3031
O mnie
dariuszwolowski
49
,
Milanówek
Słówko o mnie
Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy... W latach 1990-2009 pracowałem w GW.
Zobacz mój profil
Archiwum
Rok 2012
Styczen
Rok 2011
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2010
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2009
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Księga gości
 
Zobacz serwisy INTERIA.PL
Zobacz wizytówkę użytkownika » dariuszwolowski.znajomi.interia.pl W polu karnym - blog Darka Wołowskiego - RSS Blog blog.interia.pl