|
Dariusz Wołowski
W polu karnym
|
Notkiśroda, 16 maj 2012, 11:50 Cienka czerwona liniaBayern i Chelsea postawiły wszystko na ten jeden mecz. Sobotni finał Champions League na Allianz Arena pośle jednych do nieba, drugich do piekła.
„Od pięknych porażek wolę brzydkie zwycięstwa” – bon mot Ashley’a Cole’a nie tylko przywołuje wspomnienie półfinału z Barceloną, ale jest zapowiedzią tego, czego można się spodziewać na Allianz Arena. W tym sezonie Chelsea odwykła od presji faworyta korzystając z wszystkich dobrodziejstw tego stanu. Nawet kochający ją Jose Mourinho przewidywał, że w rywalizacji z Katalończykami nie ma szans, tymczasem skazywanym na pożarcie londyńczykom wystarczyły trzy celne strzały, by wysłać na zieloną trawkę obrońcę trofeum. Dlaczego to samo nie miałoby spotkać w sobotę Bayernu? Chelsea to dziś zaledwie szósta drużyna Premier League, ale jednocześnie zespół, który wyspecjalizował się w rywalizacji pucharowej. Dojrzałość, przebiegłość i determinacja - te cechy pozwoliły zdobyć Puchar Anglii, a także dotrzeć do wymarzonego finału Ligi Mistrzów. W sobotę będzie okazja, by koszmar przegranych rzutów karnych z Moskwy (2008) przestał nękać Cole’a, Drogbę, Lamparda i Terry’ego. Zdyskwalifikowany kapitan drużyny nie zrehabilituje się za przestrzeloną jedenastkę, ale dostał od UEFA zgodzę na ewentualne wzniesienie trofeum. Chelsea przypomina oddział starych komandosów koncentrujących wszystkie siły wyłącznie na zadaniach specjalnych. Takich, jak batalia z Bayernem, której stawką jest największy sukces w historii klubu, ale i jego przyszłość. Porażka oznacza rozstanie z Champions League, pierwsze w erze Romana Abramowicza. W tak samo trudnej sytuacji jest Bayern. Jeśli Bawarczycy zmogą w sobotę Chelsea, ich klęski w krajowej rywalizacji z Borussią Dortmund pójdą w niepamięć. Jeśli nie, zakończą sezon bez trofeum, co jest nie do wyobrażenia dla pogromcy Realu Madryt. Niebo i piekło dzieli cienka czerwona linia. Oba zespoły rzucą do walki nie tylko wszystkie umiejętności i siły, ale też nagromadzone przez lata doświadczenie i spryt. Tak jak w historii Chelsea bolesnym rozdziałem jest finał sprzed czterech lat z Manchesterem, tak dla Bawarczyków traumą pozostaje przegrany w 100 sekund pojedynek z tym samym rywalem z 1999 roku. Siedmiu graczy nie zagra w sobotę za kartki, czterech z Chelsea (Terry, Ivanovic, Ramires, Meireles) i trzech z Bayernu (Alaba, Badstuber, Luiz Gustavo). Zdaniem Ikera Casillasa znacznie bardziej osłabia to londyńczyków, choć dobra wiadomość jest taka, że do gry mają być gotowi zmagający się z urazami środkowi obrońcy David Luiz i Gary Cahill. Drogę do bezdyskusyjnego triumfu nad Bayernem pokazała Chelsea w sobotę Borussia Dortmund zwyciężając 5-2 finał Pucharu Niemiec. Okazało się, że jeśli rywal potrafi zablokować bawarskie skrzydła (Robben, Alaba, Ribery i Lahm), kierowany przez Bastiana Schweinsteigera środek pomocy jest za mało kreatywny. Przesadne uzależnienie od przebłysków geniuszu skrzydłowych, jest największym problemem monachijczyków. Mimo to bukmacherzy stawiają na Bayern. I to dość zdecydowanie. Gra finał na swoim stadionie, jest drużyną bardziej kompletną. „Zalecam normalną, bawarską taktykę polegającą na długim trzymaniu piłki, ale też większą niż zazwyczaj cierpliwość. Chelsea nastawi się na zadanie jednego ciosu, a gdy jej się to uda, mecz może być już nie do uratowania” - mówi Stefan Effenberg, który był kapitanem Bayernu w wygranym finale Champions League w 2001 roku. Oliver Kahn obronił wtedy aż trzy jedenastki wykonywane przez piłkarzy Valencii. Tamten sukces nie wymazał jednak z jego pamięci bólu po klęsce z Manchesterem dwa lata wcześniej. „Chelsea boli finał z 2008 roku, jak nas ten z 1999. Wtedy byli potęgą, dziś można ich postrzegać, jako rywala przeciętnego, ale nikt nie jest na tyle głupi, by ich lekceważyć” – stwierdza. Poza tym nie jest wcale pewien, czy Bayernowi starczy siedem dni, by podnieść się po klęsce z Borussią. Jeśli starzejąca się kobra z Chelsea znalazła w sobie dość atutów, by zdusić Barcelonę, to znaczy, że dla każdego rywala jej jad może być śmiertelny. Zgodnie ze słowami Cole'a londyńczycy mogą sobie pozwolić na każdą taktykę, a szczególnie na przywilej gry z kontry. Bayern musi zaatakować, podjąć ryzyko, odkryć się. Zdobędzie twierdzę, czy popełni niewybaczalne błędy? Na Allianz Arena zetrą się dwie filozofie budowy zespołu. Z jednej strony Chelsea stworzona na rekordowych transferach, z drugiej Bayern szczycący się działaniem na racjonalnych zasadach ekonomicznych. Bawarski klub „finansowe fair play” wcielał w życie, zanim pomysł urodził się w głowie Michela Platiniego.
Komentarzy:
8
wtorek, 15 maj 2012, 10:17 Za plecami króla z MadrytuRekordowe 100 pkt i 121 goli Realu Madryt to „lukrowana” strona Primera Division. Na przeciwnym biegunie ligi hiszpańskiej jest rozpaczliwa walka biedaków i sceny zalatujące korupcją.
Była 88. minuta meczu w Vila-Real, kiedy niesamowity Radamel Falcao wbił gola dla Atletico Madryt. Wieść lotem błyskawicy przeniosła się do Vallecas, gdzie miejscowe Rayo remisowało bez bramek z tak samo zagrożoną Granadą. W tunelu miotał się Juan Sabas, drugi trener Granady, były piłkarz Rayo, którego zadaniem było informowanie swoich o innych wynikach. O golu Falcao goście dowiedzieli się jednak od gospodarzy, którzy bezwstydnie i ostentacyjnie namawiali ich do straty bramki. Nie odebrałaby ona utrzymania Granadzie, ocaliła Rayo pogrążając Villarreal. Gol pada, Raul Tamudo zdobywa go jednak ze spalonego, czego sędzia nie zauważa. „Gdyby zauważył i odgwizdał, nie wyszedłby chyba żywy ze stadionu” – relacjonują pół żartem pół serio dziennikarze.
W takich okolicznościach, po 12 latach Primera Division opuszcza Villarreal. Klub bez długów wobec fiskusa, funkcjonujący wzorowo, półfinalista Champions League z 2006 roku i wicemistrz Hiszpanii z 2008. „To, co się dzieje w ostatnich latach w Primera Division jest koszmarem. Kiedyś wszystko wyjdzie na światło dzienne” – komentuje Miguel Angel Lotina. Czy to tylko frustracja trenera, który nie potrafił ocalić drużyny przed spadkiem, czy też liga hiszpańska, podobnie jak polska potrzebuje antykorupcyjnej kuracji? Na Villarreal spadło w tym sezonie siedem plag egipskich: stracił masę sił w Champions League, w morderczej grupie z Manchesterem City, Bayernem i Napoli, zmagał się z plagą urazów, na czele drużyny stało aż trzech trenerów. W końcu jednak pozostanie w Primera Division miał w swoich rękach wypuszczając je na dwie minuty przed końcem sezonu. Atletico gol Falcao nic konkretnego nie dał, przy remisie i tak zachowałoby miejsce w Lidze Europejskiej, gdzie będzie broniło trofeum. Przed spadkiem uratowało się Rayo, które od 2007 roku nie wydało na transfery ani grosza, oraz Saragossa – klub specjalizujący się w szalonych akcjach przeprowadzanych w okolicach Świąt Bożego Narodzenia. Rokrocznie wymieniają wtedy trenera i pół drużyny, tym razem zbawcą został Manolo Jimenez, który potrafił dokonać cudu odrabiając 12 pkt straty. Po zakończeniu sezonu nie umiał jednak powiedzieć, czy chce pozostać w klubie, czy raczej ma dość pracy w ekstremalnych warunkach? Oczywiście wszystkie wydarzenia z końcówki sezonu w Primera Division przebiły się na poczesne miejsce w hiszpańskich mediach przede wszystkim dlatego, że Real Madryt już wcześniej rozstrzygnął swój wyścig o mistrzostwo z Barceloną. „Królewscy” Jose Mourinho zostaną zapamiętani, jako drużyna o nadludzkich „parametrach” 100x121, pobili historyczne rekordy punktów i goli. Kiedy para kolosów przestała w końcu użalać się na sędziów, okazało się, iż popełniają oni grube błędy także w meczach pozostałych drużyn. Po raz 26. w 81. sezonie ligi hiszpańskiej Real i Barcelona zajęły dwa czołowe miejsca w tabeli. Przed rokiem trzecia Valencia straciła do mistrza 25 pkt, tym razem różnica wzrosła do 39 pkt. „Model szkocki” w Primera Division się utrwala, w Hiszpanii otwarcie mówi się już o walce o „małe mistrzostwo” za plecami dwójki kolosów. Nagroda jest atrakcyjna - miejsce w Champions League bez eliminacji. Trudno znaleźć choć jedną przesłankę wskazującą, że za rok będzie inaczej. Hegemonia bogatych i sławnych może się wyłącznie pogłębić. Największymi przegranymi sezonu w Hiszpanii są Villarreal i Barcelona – dwa zespoły spadające z piedestału. Katalończycy mają szansę pożegnać Pepa Guardiolę zdobyciem Pucharu Króla, który i tak będzie wyłącznie nagrodą pocieszenia. Za swoje 50 goli Leo Messi dostanie na otarcie łez nagrodę „Pichichi” i „Złoty But”, Victor Valdes trofeum Zamory (najlepszy bramkarz ligi). Nie zmieni to jednak dotkliwego poczucia porażki w Katalonii. Nie da się wiecznie wygrywać? Zapewne, choć moment, gdy przegrana nadchodzi trudno zaliczyć do przyjemnych. W drugim roku pracy w Hiszpanii Jose Mourinho dotrzymał słowa detronizując Barcelonę. Do pełnego szczęścia zabrakło dwóch lepiej wykonanych karnych w meczu z Bayernem Monachium. „The Special One” oglądał je na kolanach dając o sobie skrajnie inne świadectwo, niż 12 miesięcy wcześniej, gdy na tym samym etapie Champions League „Królewscy” odpadali z zespołem z Katalonii. 10. Puchar Europy pozostanie obsesyjnym pragnieniem królewskiego klubu i bezdyskusyjnie celem nr 1 na przyszłość. Zanim gracze Bayernu i Chelsea wyjdą na Allianz Arena, by rozegrać mecz roku w klubowej piłce, wiadomo, że kolejna edycja rozgrywek zapowiada się szlagierowo. Real, Barcelona, Manchester United, Manchester City, a także Milan, Arsenal, czy Borussia Dortmund – lista rannych, poszukujących rehabilitacji jest imponująca. A przecież wciąż mogą się na niej znaleźć Bawarczycy. Chelsea już nie. Albo wygra finał, albo od września ogladać będzie wielkich rywali w telewizji.
Komentarzy:
59
poniedziałek, 14 maj 2012, 10:29 Tytuł za miliardTo mógł być najbardziej idiotycznie przegrany tytuł mistrzowski w historii piłki. Gole sprowadzonych za 80 mln euro Dżeko i Aguero uratowały sens miliardowej inwestycji szejka Mansoura. Manchester City został mistrzem Anglii po 44 latach dobiegając do mety w stanie agonii.
Ze świecą szukać sezonu tak pełnego sprzeczności. City zaczęło go w tempie sprinterskim, by przy wyjściu na ostatnią prostą potykać się o własne nogi. Kiedy w 32. kolejce przewaga Manchesteru United wzrosła do 8 pkt, wyrok w sprawie „milionerów” wydawał się wykonany. Drużyna Alexa Fergusona znalazła się o mały krok od 13. tytułu w erze Premier League (od 1992 roku). Komentatorzy przebąkiwali, co prawda, że być może nigdy wcześniej nie była tak słaba, ale nad zespołem czuwały żelazne osobowości Fergusona i Wayne’a Rooney’a. Tymczasem Roberto Mancini miotał się bezradny, jednego dnia przygarniając Carlosa Teveza, drugiego usuwając Mario Balotellego. Po porażce z Arsenalem na „The Emirates” wszystko wydawało się na darmo, kibice City opłakali już stratę tytułu, kiedy niespodziewanie nadzieje wskrzesił United w trzech kolejnych meczach zdobywając zaledwie 4 pkt. To wyglądało tak, jakby wielki hegemon Premier League chciał podtrzymać napięcie w derbach Manchesteru. Zespół Manciniego je wygrał, potem pokonał na wyjeździe Newcastle, by w minioną niedzielę stanąć przed zadaniem najbanalniejszym z możliwych. Na Etihad Stadium spotkał się kandydat do mistrzostwa, zespół, który na swoim boisku stracił 2 pkt w sezonie, oraz walczące o utrzymanie Queens Park Rangers, najgorsze w całej lidze w spotkaniach wyjazdowych. W 92. minucie goście wygrywali 2-1 broniąc się w dziesięciu. Brakowało 180 sekund, by United zgarnął tytuł. Gol Dżeko niczego nie dawał City, drużyna Manciniego i tak straciłaby wszystko w kuriozalny sposób. W 95. min, kiedy spotkanie United z Sunderlandem dobiegło końca, Sergio Aguero zdobył najważniejszą bramkę w życiu. Łzy rozpaczy zmieniły się w łzy szczęścia, lub na odwrót w przypadku United. City zdobyło swój pierwszy tytuł od 44 lat, a emocje z tym związane zostaną „wygrawerowane” na zawsze w sercach jego kibiców. Szejk Mansour sprawił sobie futbolową „zabawkę” trzy i pół roku temu. Wydał 430 mln na transfery i 350 mln na utrzymanie drużyny. Od wczoraj ma prawo uważać, że nie były to pieniądze wyrzucone w błoto. City wydarło tron lokalnemu rywalowi, w którego cieniu żyło od dekad. Kuriozalność tego sezonu w Premier League nie kończy się na rywalizacji o mistrzostwo. Szóste miejsce Chelsea i ósme Liverpoolu ze stratą 25 i 37 pkt do pary z Manchesteru to dowód, że ogromne pieniądze da się wydać znacznie gorzej niż na Etihad Stadium. Klub Romana Abramowicza wciąż może być jednak największym bohaterem roku na Wyspach. W sezonie, gdy United i City przepadły w fazie grupowej Champions League, a potem doznały upokorzeń w Lidze Europejskiej, Chelsea dotarła do wielkiego finału na Allianz Arena. Być może więc to jednak londyńczycy najbardziej zasłużyli się w batalii o obronę statusu najwspanialszej ligi świata? Fani Chelsea przeżywają tak samo skrajne emocje, jak kibice nowego mistrza Anglii. Są o jeden mecz od raju i jednocześnie od piekła. Jeśli drużyna Roberto di Matteo pokona za pięć dni Bayern, wszystkie potknięcia w lidze zostaną unieważnione w 90 minut. Jeśli Chelsea przegra, pożegna się z europejską czołówką na co najmniej 12 miesięcy. Ewolucyjne zmiany w klubie zastąpi pewnie rewolucja.
Komentarzy:
20
niedziela, 13 maj 2012, 10:12 Piękni królowie NiemiecHat trick Roberta Lewandowskiego, asysta i wywalczony karny Kuby Błaszczykowskiego, i w końcu asysta Łukasza Piszczka – w finale Pucharu Niemiec Borussia Dortmund była taka jak przez cały sezon – uzależniona od Polaków i bezdyskusyjnie lepsza od Bayernu.
„Mario Gomezie ucz się od Roberta Lewandowskiego” – komentował portal „goal.com”, gdy jesienią, w spotkaniu Bundesligi Bayern Monachium przegrał na Allianz Arena z Borussią Dortmund 0-1. Zwycięskiej bramki nie zdobył wtedy Polak, ale pomocnik Mario Goetze wygrywający walkę o miejsce w podstawowej jedenastce z Kubą Błaszczykowskim. Być może tamten pojedynek, był punktem zwrotnym w wyścigu po mistrzostwo Niemiec, gracze Bayernu poczuli na własnej skórze, jak bardzo kombinacyjna gra zespołu Juergena Kloppa im nie leży. Nawet wtedy, gdy są w znakomitej formie.
To miał być sezon Bayernu i Gomeza, którzy na początku miażdżyli rywali jak taran. W Bundeslidze i w Champions League. Doszło do tego, że zaledwie po sześciu kolejkach straciło wszelki sens stawianie na tytuł dla Bawarczyków, bo trudno było na tym cokolwiek zarobić. Szanse Borussii bukmacherzy oceniali jak 1-10, reszta rywali z Bundesligi nie liczyła się w wyścigu. Kiedy w Premier League biły się dwa Manchestery, w Primera Division Real i Barca, a w Serie A Juventus i Milan, wyglądało na to, że najważniejsze rozstrzygnięcia w Bundeslidze zapadną lada dzień. Wtedy Borussii udało się jednak udowodnić, że rozgrywki w Niemczech nie muszą być „monologiem” Bayernu. Po sześciu kolejkach obrońca tytułu był na 11. miejscu z ośmioma punktami straty do liderujących Bawarczyków, od tamtej pory zdobył jednak aż o 16 pkt więcej od kolosa z Monachium! Imponująca passa bez porażki drużyny Kloppa trwała aż do ostatniej, 34. kolejki. Wróćmy jednak do pytania: czego miał się uczyć napastnik reprezentacji Niemiec, od Polaka? Kiedy Mario Gomez nie zdobywa goli, jego wkład w grę Bayernu jest niezbyt imponujący, tymczasem Lewandowski potrafi zrobić wiele dla drużyny daleko od pola karnego. Wychodzi do piłek, umie je przetrzymać, zagrać do tyłu, z czego rozwija się kontratak. Lub wygrać pojedynek główkowy, jak przy bramce na 3-1 w finale Pucharu Niemiec, kiedy wyskoczył wyżej od rywala, zagrał do Kagawy, by potem błyskawicznie ruszyć w pole karne, zanim obrona złożona z gwiazd reprezentacji Niemiec zdążyła pojąć tragizm sytuacji. Lewandowski niczym „Superman” działał szybciej, niż obrońcy Bayernu myśleli. Okazał się dla nich nieuchwytny, jak upiór, albo przybysz z innej planety. W końcówce spotkania nie wytrzymał tego gracz tak utytułowany, jak Bastian Schweinsteiger „wycinając” Polaka na środku boiska. Nie był to akt agresji, raczej bezsilnej wściekłości wobec zawodnika myślącego i działającego w innym wymiarze. Ile można znosić upokorzenia? Bawarczycy czuli, że tydzień przed finałem Champions League, krajowy rywal obala mit ich nieskończonej potęgi. Od wspomnianego, jesiennego spotkania, w którym Borussia pobiła Bayern na Allianz Arena, a Lewandowski dał lekcję gry Gomezowi, dwie najlepsze niemieckie drużyny mierzyły się ze sobą jeszcze dwa razy. Za każdym razem, tak w boju decydującym o mistrzostwie na Signal Iduna Park, jak we wczorajszym finale Pucharu Niemiec faworytem był Bayern. Nawet cztery kolejne zwycięstwa Borussii nad Bawarczykami nie przekonały ekspertów, dla których klub z Monachium jest a priori poza wszelką konkurencją. Łatwo było znaleźć argumenty, skoro Bawarczycy szykują się do zajęcia europejskiego tronu, a Borussia była ostatnia w swojej grupie Ligi Mistrzów. Spójrzmy jednak na bilans dwóch ostatnich meczów najlepszych drużyn Bundesligi, on dobitnie rozprawia się z mitem o bezdyskusyjnej przewadze Bayernu. To były dwa zwycięstwa Borussii z różnicą bramek 6-2! Lewandowski zdobył w nich cztery gole, Gomez ani jednego. Tymczasem zapytajcie dowolnego kibica w Europie, on nawet dziś jeszcze raz powtórzy, że monachijczycy są lepsi od dortmundczyków, a Gomez przewyższa Lewandowskiego. Przyzwyczajenie przemawia silniej niż fakty. A fakty są takie, że Borussia i Lewandowski królowali w Bundeslidze i to w sposób bezapelacyjny. Grali lepiej, piękniej i skuteczniej niż ucieleśnienie doskonałości niemieckiej piłki.
Komentarzy:
40
piątek, 11 maj 2012, 09:26 Realne zyski PiszczkaBez względu na to, czy transfer Łukasza Piszczka do Realu Madryt jest mniej, czy bardziej prawdopodobny, bezdyskusyjne jest jedno: cały ten zgiełk działa na korzyść polskiego obrońcy.
Zacznijmy od faktów. Od kiedy kanał „La Sexta” ogłosił zainteresowanie Realu Madryt prawym obrońcą Borussii Dortmund, przez hiszpańską prasę przewaliła się nawałnica informacji, często sprzecznych, dotyczących tej sprawy. „Piszczek jest opcją, jedną z wielu” – powiedział mi David Ruiz, dziennikarz „Marki”. Jego gazeta opublikowała tekst, z którego wynika, że Jose Mourinho ceni Polaka za jego walory ofensywne (4 gole, 7 asyst w Bundeslidze), ale jest zdania, iż za często zapomina się w tyłach. W artykule nie pada żaden cytat, a więc należy przypuszczać, że Mourinho nie wypowiedział nawet półoficjalnie zdania na temat Piszczka. Ale dowiadujemy się, że głęboko analizował grę Polaka. Kogo chce trener Realu na prawą obronę? Kogoś, kto już nie istnieje. Drugiego Maicona, ale nie tego obecnego, ale tego sprzed dwóch lat, z którym Inter Mediolan podbijał Ligę Mistrzów. Najbliżej ideału są Dani Alves z Barcelony i Philipp Lahm z Bayernu Monachium, obaj niemożliwi do kupienia, zwłaszcza dla Realu zważywszy na specyficzne relacje z katalońskim i bawarskim klubem. W ankietach wśród kibiców Realu szanse Piszczka stały nisko. W internetowym wydaniu „Marki” za jego transferem głosowało na początku niespełna 4 proc ludzi. Kibice kierują się jednak zwykle walorami medialnymi zawodnika, a Polak nigdy nie był promowany po mistrzowsku. W kolejnych dniach akcje obrońcy Borussii zaczęły jednak gwałtownie rosnąć, zatrzymując się powyżej 24 proc. Może do ankiety właczyli się rodacy, a może coraz więcej wiadomości o Piszczku przekonało Hiszpanów? Tak czy siak, informacja poszła w świat. Zareagowała nawet prasa katalońska „życzliwie” informując fanów Barcy, że „brzydki” Real chce się posunąć do kolejnej niegodziwości i zatrudnić gracza zamieszanego w korupcję. Jerzy Dudek przyznał, że dzwonili do niego dziennikarze z Hiszpanii, by pytać o Piszczka. Dudek uważa, że rodak poradziłby sobie w Madrycie. Faktycznie Alvaro Arbeloa jest obrońcą rutynowanym, solidnym, ale zbliżającym się do trzydziestki. Nigdy nie był orłem, a dziś najlepszy okres ma raczej za sobą. Deklaracją Borussii Dortmund, że Piszczek nie jest na sprzedaż, nikt w Madrycie nie zawraca sobie głowy. Jeśli Real zechce gracza Borussii, to go będzie miał – takie jest powszechne przekonanie w stolicy Hiszpanii. Tak było zaledwie rok temu z defensywnym pomocnikiem Nuri Sahinem, „Królewscy” zapłacili za niego 10 mln euro, a Mourinho pozwolił mu zagrać w czterech meczach Primera Division, zazwyczaj bez znaczenia. Nikt jednak przesadnie nad tym nie boleje, Sahina można sprzedać odzyskując choć część pieniędzy. A poza tym królewski klub charakteryzuje się tym, że z reguły sprzedaje graczy znacznie poniżej ceny ich zakupu. Ile można ewentualnie stracić na Piszczku? 10 mln euro? To suma niezbyt znacząca dla najbogatszego klubu na świecie. Florentino Perez przyzwyczaił wszystkich do tego już bardzo dawno. Czy transfer jest bardziej prawdopodobny, czy mniej, Piszczkowi nie dzieje się krzywda. Przeciwnie: jego nazwisko staje się popularne, co w piłkarskim biznesie ma swoją wartość wyrażoną w konkretnych kwotach. Cena polskiego obrońcy rosła, gdy włoska prasa informowała o zainteresowaniu Interu i Romy, teraz jest jeszcze wyższa, choćby ta cała debata o transferze do Realu była wyłącznie bańką medialną. Przeciętny, europejski kibic, mało zainteresowany Bundesligą już wie, kto to jest Piszczek. A może w ogóle dobiega końca ponury czas, w którym piłkarze z Polski byli na międzynarodowym rynku pracy anonimową, szarą masą od czarnej roboty? Czy coś praktycznego z tego wynika? Może za dwa miesiące, jeśli prawy obrońca Borussii dobrze wypadnie na Euro 2012, lub za rok będzie miał okazję zagrać w wielkim zespole. Wtedy nikt nie poczuje się już zaskoczony, że klub X wydał kwotę Y na gracza, którym interesował się nawet Mourinho i Real Madryt.
Komentarzy:
36
|
![]()
Księga gości O piłce w Interia.pl
|
|||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
| Zobacz wizytówkę użytkownika » dariuszwolowski.znajomi.interia.pl | ![]() |
blog.interia.pl |